<h1>Historia młyna</h1>

Historia młyna

Historia młyna wodnego w Tuczkach

Młyn został pobudowany przez Niemca ok. 1870 roku, jako część siedliska składającego się z tartaku i małego gospodarstwa.

Napęd młyna i tartaku był oczywiście wodny. Jedna turbina typu Francisa oruszała młyn druga tartak.

W roku 1910 całość kupił mój przodek Ludwik Hillar. Prowadził on tartak , młyn i gospodarstwo do początku września 1939 roku.

Potem nastał czas okupacji niemieckiej. Po wojnie młyn wrócił do rodziny, a od 1947 roku już mój Ojciec zaczął go prowadzić.

W rodzinie jestem najstarszym chłopakiem, więc byłem naturalnym następcą., dlatego po podstawówce zdałem egzamin do Techniku Młynarskiego w Toruniu. W 1970 roku byłem już po maturze i miałem zostać młynarzem. Były to czasy Gierka. Podobno jako państwo zaczęliśmy żyć na kredyt.

Jak by na to nie patrzeć, zaczęło się jakieś ożywienie w gospodarce. Fabryka małego Fiata w Tychach, obok mnie w Gralewie powstała Fabryka Fabryk, dużo okolicznych ludzi znalazło tam pracę. Rolnicy dostali kredyty na budowę obór. Okolicznej ludności zaczęło się trochę lepiej powodzić

Młynarstwo usługowe w tamtych czasach nie mało jednak racji bytu, ponieważ tradycja pieczenia chleba w domu zanikała pewnie i dlatego, że chleb był tańszy od mąki nie mówiąc już o pieczeniu.

Odbudowa tartaku w tamtych czasach miała jednak sens, więc zostałem właścicielem tartaku, a nie młynarzem. Prowadziłem ten tartak do 1984 roku, który przekazałem bratu, prowadzi go do dziś.

Ja natomiast zająłem się prowadzeniem już wtedy ekologicznego gospodarstwa, a potem prowadzeniem eko młyna i tak jest do dziś.

Historia młyna po 1945 roku.

Socjalizm nie cierpiał własności prywatnej, a Ojciec był kapitalistą, małym bo małym ale kapitalistą. Gdyby był większym, młyn byłby upaństwowiony i była by to inna bajka. Przez jakiś czas był jednak upaństwowiony. Był jednak to obiekt mały i sąd w Warszawie kazał ponowne sprywatyzować, zgodnie z panującymi wtedy przepisami. Pewnie dlatego powtarzam , że małe jest zawsze piękne.

Nawet małym kapitalistom w tamtych czasach nie było jednak łatwo. Dziś trudno uwierzyć, ale młynarz nie mógł sprzedać mąki!. Gdyby udowodniono mu, że to zrobił poszedł by do więzienia. Co mógł jednak robić, ano mógł świadczyć usługi na rzecz okolicznej ludności. Czyli najogólniej młynarz był rzemieślnikiem świadczącym usługi. Ceny za taką usługę były jedne na całą Polskę, ustalone w Warszawie.

Jak pamiętam odbywało się w ten sposób. Na przykład : rolnik ( bo tylko taki miał zboże) przywoził najczęściej żyto dajmy na to 100 kg. w zamian dostawał 50 kg białej mąki i 48 kg otrąb, zostawało jeszcze 2 kg w młynie jako tzw. rozkurz. Co to takiego ten rozkurz? Nie da się zrobić 100 kg i wydać 100 kg produktu zawsze są jakieś straty ( zanieczyszczenie zboża, utrata wilgoci w czasie przemiału, kurz w powietrze itp.) i ludowe tęgie głowy w Warszawie ustaliły że będzie to 2 %, które zostaje jednak we młynie. Władza ludowa tym była bardzo zainteresowana, no bo mógł trafić się rok korzystny i mogło być rozkurzu mniej i młynarzowi mogło się uzbierać trochą ziarna i mógłby po cichu to sprzedać, nie daj Boże w formie maki i jeszcze się wzbogacić.

Więc i ten problem tęgie głowy w Warszawie rozwiązały. Wytyczne były takie, że jeżeli się uzbierało trochę ziarna, a musiało się uzbierać, to trzeba było to sprzedać do pobliskiego GS-u w Rybnie, oczywiście dostało się pieniądze, cena była jedna w całej Polsce i oczywiście od zysku zapłacić podatek. Jak widać był porządek i łatwo było można kontrolować taką działalność.

Było to bardzo proste, bo młynarz musiał mieć zawsze na stanie 3 tony ziarna lub produktu, był to tzw normatyw . Jeśli ziarno przemielił to na stanie musiało być 1500 kg mąki i 1440 kg otrąb, a z 60 kg tego rozkurzu trzeba było się ściśle rozliczyć.

Jeśli kontrola wykazała inaczej, czyli jeżeli na stanie było czegoś za dużo lub za mało, to młynarz był złodziejem. Miejsce dla złodziei było we więzieniu. Praktycznie większość młynarzy o więzienie się otarła, młyny większe upaństwowiono, a mniejsze upadły .Sprawę mąki dla ludności załatwiały GS-owskie tzw. wymiany. W okolicy chyba Ojciec nie siedział. Może to był cud, a może zdolności księgowego, bo żadna z kontroli, a było ich kilka nie wykaszała niezgodności.

Ojciec (urodzony 1901r.) księgowości nauczył się w dobrej przedwojennej szkole, liczył szybko i bez błędnie, ja mając kalkulator w liczeniu słupków zawsze z Nim przegrywałem. Dlatego bez większego trudu codziennie robił we młynie remanent.

W połowie lat 70-tych młyn z przyczyn ekonomicznych został zamknięty, dopiero w latach 90-tych młyn ponownie rozpoczął swoją działalność. Powróciłem do swojego wyuczonego zawodu. Mieliłem teraz ekologiczne zboże własne i zakupione od innych rolników ekologicznych i tak jest do dziś.

Paradoksalne praktycznie nie świadczę usług mielenia ziarna, a tylko sprzedaję mąkę.